Wywiad z ks. Wojciechem Lulą

Wywiad z ks. Wojciechem Lulą

O codziennym biciu dzwonów na modlitwę, dzieciach wałęsających się bez celu, dobroci ludzkiej i potrzebach misji w Monasao opowiada ks. Wojciech Lula SMA.

Kliknij tutaj, by przeczytać cały wywiad.

Jak wygląda sytuacja w Republice Środkowoafrykańskiej w dobie koronawirusa?
W kraju, który jest prawie dwukrotnie większy od Polski i mieszka ponad 4 mln ludzi, są 3 miejsca, gdzie można sprawdzić się na Covid-19. Na 29 kwietnia mieliśmy 50 przypadków, z tego 30 w ciągu ostatnich 3-4 dni. Władze państwa nie mają pomysłu na Covid-19. Na razie zamknięto szkoły i kościoły oraz bary. Ale akurat bary tętnią życiem. Drzwi barów są zamknięte, ale w środku słychać spotkania. Ludzie nie są zdyscyplinowani, chociaż może lepiej powiedzieć, że nie mają warunków do przestrzegania izolacji. W domach na 4-6 m kw. mieszkać może nawet do 12 osób.

A jaka jest sytuacja na misji?
Żyjemy w strachu wewnętrznym, ale nie przed koronawirusem, tylko w strachu przyczynowym, co zrobimy jak choroba przyjdzie do nas. Na naszej misji Monasao, w południowo-zachodniej część państwa, jest jedna apteka na obszarze zamieszkałym przez 12 tys. ludzi. Nie mamy wyspecjalizowanej kadry medycznej, ani ubrań ochronnych, ani
maseczek, więc nie byłoby polotu w naszych działaniach. W tej chwili pracuje jedna lekarka, młoda dziewczyna z Kamerunu, która kilka miesięcy temu skończyła studia medyczne. Będzie z nami do listopada. Misja skierowana jest na Pigmejów. Oni pracują w misyjnej przychodni, ale nie są wykwalifikowani. Moglibyśmy zatrudnić ludzi z innego plemienia, ale
wtedy Pigmeje nie chcą do nas przychodzić. Przychodnia przyjmuje wszystkich z okolicy. Jednocześnie możemy udostępnić 6-8 łóżek dla chorych. Lekarstwa Pigmejom wydajemy bezpłatnie. Są to środki głównie na malarię, robaki, przeziębienia, rany. Za konsultację medyczną trzeba płacić: ok. 1/6 € za dziecko, a ok. 1/3 € za dorosłego. Ludzie przychodzą,
jak już czują się tak źle, że nie mogą jeść. Wtedy leczenie jest droższe, trudniejsze, czasochłonne. Pigmeje nie mają praktycznie żadnych dochodów. Żyją z dnia na dzień.

A jak wygląda życie modlitewne na misji?
Modlimy się codziennie. O godz. 7 odzywają się dzwony, by przypomnieć o modlitwie o powstrzymanie zarazy. O ograniczeniach w związku z zarazą dowiedzieliśmy się w piątek przed Niedzielą Palmową. W niedzielę wytłumaczyłem ludziom sytuację. Mam głośnik mobilny, który ustawiłem na maksymalną głośność. Ludzie stali na zewnątrz, pod drzewami i tak się modliliśmy. Mogę odprawiać Mszę św., ale w kościele może być do 15 osób.

Co robią dzieci, jak szkoły są zamknięte?
Nudzą się. Jak zamknięto szkoły, mieliśmy 2 miesiące do końca roku. Teraz jest sezon na mango. Wspinają się na mangowce, które mają łodygi łamliwe jak zapałki, a do tego uginają się pod ciężarem owoców. Troje dzieci spadło. Na szczęście nie złamały kręgosłupów, a nogi. Ostatnio pod chłopakiem załamała się gałąź. Zatrzymał się trochę na niższej gałęzi, ale i tak ma złamanie otwarte kości udowej, złamaną szczękę i powybijane zęby. Leczymy go.
Dzieci zostają w domu. Rodzice są w polu. Dzieci chodzą grupami i kombinują, co by tu zbroić. Uprzykrzają nam trochę życie. Czekają, by dać im coś do jedzenia. Generalnie nawet jak jest szkoła, to i tak nie ma parcie do nauki. Szkoła jest w porze suchej kiedy rodzice uczą dzieci jak polować. Przy szkole misyjnej jest frekwencja, ale ze szkół publicznych dzieci są wyrzucane. Nie mają zeszytów ani kredek. Nie mają też wsparcia ze
strony społeczeństwa, wiec wola biegać i upolować myszkę lub ptaszka niż siedzieć i patrzeć w tablice, na której i tak nic nie widzą.

Wojna domowa w kraju daje się Księdzu we znaki?
Nie mamy rebeliantów na naszym terenie. Tu muzułmanie nie roszczą sobie pretensji. Od kilu lat nie mieliśmy napadów. Wojsko ONZ jest w okolicy, ok.65 km od misji. Przemieszczanie jest w miarę swobodne. Na drogach są bariery, ale one służą raczej policjantom do napychania kieszeni niż do kontrolowania czy ktoś przewozi broń. Jak zapłacisz, jedziesz dalej. To sytuacja na glinianych nogach. Niebezpiecznie jest bliżej Czadu, na północy kraju, ale to ok. 1000 km od nas.

Czego księdzu najbardziej potrzeba na misji?
Moja misja jest daleko od cywilizacji i koszty transportu darów są wysokie. Nie mogę po nie pojechać do portu do Kamerunu, bo tam potrzebna jest wiza. Trzeba też opłacić przewoźników, a trasa jest długa, a po drodze kontrole. Tak było w zeszłym roku, gdy otrzymałem pomoc z Polski z Redemtoris Mission, która dotarła do Yaoundé w Kamerunie.
Przetransportowanie darów z Yaoundé do Monasao trwało ok. miesiąca i kosztowało 1000 €.
Do Bangi, stolicy kraju mam 450 km, co zajmuje mi 14 godzin drogi samochodem. Jeżdżę tam po różne zakupy potrzebne w funkcjonowaniu misji oraz dary. Każdego roku Zakon Maltański z Francji przekazuje nam leki do naszej przychodni i opłaca transport. Jeśli mam pieniądze, mogę tu też coś dokupić na misję. W całości żyję z dobroci ludzi.
Marzę o tym, by na misji mieć pomoc. Wspólnie o czymś zdecydować. Poradzić się i wesprzeć. Od rana do wieczora szukam rozwiązań doraźnych. Bardzo przydałyby siostry zakonne, wolontariusze i pielęgniarka, lekarz czy nauczyciel. Ale w zasadzie chodzi o osobę z dobrą wolą, która chce pomóc dla Boga. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy chce przyjechać
do Republiki Środkowoafrykańskiej. Trzeba znać francuski, a co gorsza kraj jest niestabilny.

Czego życzyć misji na najbliższe dni?
Byśmy nie zwątpili w wierze, wobec codziennych trudności, które tutaj napotykamy i które bardzo często, tak po ludzku, nas przerastają. W wielu sytuacjach mogę liczyć tylko na siebie, swoją wiedze lub intuicję. Kiedy różne sprawy nas przerastają wtedy zaczynamy wątpić i zapominamy, że to Chrystus nas tutaj posłał i się nami opiekuje w każdej sytuacji, aż do końca. To jest Jego Misja. On nas dla Niej powołał i tutaj posłał.

Wywiad przeprowadzony przez Panią Agnieszkę Kurek-Zajączkowską


Comments are closed.